Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kotaszczu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kotaszczu. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 marca 2012

Pierwszy dzień wiosny w Smugach

No i stało się .... zafiksowani w codzienności i zaabsorbowani wydarzeniami z początku bieżącego miesiąca, doprowadziliśmy do "śmierci klinicznej" naszego bloga :(((( . Po tej jakże długiej przerwie postanawiamy podjąć dramatyczną walkę ze skutkami naszego postępowania. Nie będę tu obiecywał, że sytuacja taka już nigdy się nie powtórzy, ale mogę obiecać, że będziemy się starali o możliwie krótkie przerwy w wylewaniu literek i zdjęć na ekran monitora.
Tyle tytułem tłumaczenia się ;))), choć jak wiadomo, liczą się czyny, a nie mówiące o nich słowa.

Pierwszy dzień wiosny zarówno w przenośni, jak i dosłownie "wiał" jesienią. Niebo spowite było gęstymi chmurami, pędzonymi przez silny wiatr. Chociaż nie spadła ani kropla deszczu, to słońce także nie kwapiło się do dłuższych odwiedzin nieboskłonu.

         A nasze Smugi wyglądały tak:

         Bazie :))



                             Kosiarka (w trawach)


         Nasza "wspaniała" droga dojazdowa. (Znowu czynna ;))
         Kotaszcz jednak potrafił złapać nieliczne tego dnia promienie słońca.

czwartek, 2 lutego 2012

Kotaszczu...cz.I

Za radą pewnej znajomej osóbki postanowiłam opowiedzieć o tym jak trafił do nas Piksel....

          Gdy zamieszkaliśmy w Smugach postanowiliśmy, że nie chcemy na razie mieć zwierzaków. Choć oboje wychowaliśmy się w domach, w których zawsze był  jakiś  kot, pies czy chociażby patyczak :), nasza decyzja była na tamten moment jedyna i słuszna. Często wyjeżdżaliśmy, późno wracaliśmy do domu - nie mielibyśmy dla niego czasu...
   Życie jednak zweryfikowało nasze plany. Dom dzielimy z Babcią, a Ona wśród swojego inwentarza, oprócz kur znoszących pyszne jaja, miała również psa i kota. Ten ostatni szczególnie nas pokochał, a raczej to, w jaki sposób podniósł się jego standard wiejskiego życia.
   Filip był kotem zaniedbanym, z chorymi oczkami,  zarobaczonym. z mocno "zużytym" na słońcu czarnym futerkiem i wystającym non stop  języczkiem.


   Powoli doprowadzaliśmy go do "ładu". Z czasem kocur nabrał masy i stał się naszym ulubieńcem. Spędzał z nami każdą chwilę gdy byliśmy w domu, towarzyszył w ogrodzie, odprowadzał do samochodu i czekał gdy wracaliśmy późno z pracy.


Jednym zdaniem kot poczuł - "Na wsi można żyć lepiej."
Historia jak pewnie wiecie lub domyślacie się, nie ma szczęśliwego końca ... Wkrótce po naszym ślubie Filip poszedł w świat i już nigdy do nas nie wrócił . Do dziś nie wiemy co się z nim stało...


    Dopiero wtedy poczułam jak bardzo związaliśmy się z tym kocurem i jak pusto było, gdy nikt na nas nie czekał.
Nie chcieliśmy kolejnego mruka, ale inne zwierzęta zadecydowały za nas. Gdy jesienią nasz dom tłumnie zaczęły odwiedzać bezczelne myszy, a my byliśmy bezradni w walce z nimi zaczęliśmy rozważać możliwość przygarnięcia kota.

   Wyłoniło się kilka kryteriów jakie miał spełniać. Miał być już troszkę większym kotem , tak około 3-4 miesiące, by poradził sobie zimą.  Miał być kotem "nadwornym", czyli wychodzącym. Miał być rudym tygryskiem  i najważniejsze dla kemota- nie mógł mieć różowego noska.
Jako że w tamtym okresie miałam nadmiar wolnego czasu, podjęłam się akcji poszukiwawczej.

   Początkowo wypytywałam znajomych, wertowałam ogłoszenia w prasie i internecie, odwiedziłam dwa razy pobliskie schronisko, nigdzie jednak nie było tego jedynego. Ostatnim i udanym strzałem był odbywający się w każdą sobotę pchli targ.

   Ryzyko opłaciło się, trafiłam na rodzeństwo rudzielców. Nie był to ten wymarzony tygrysek, miał białe łapki i "podwozie" no i tę jedną najważniejszą wadę- różowy nosek. Właściciel zapewniał,że kot jest podwórkowy, wychodzący i jak na swój wiek bardzo łowny. Decyzja zapadła, kot wracał ze mną. Nie miałam pewności,co do tego czy to on czy ona, ale zaufałam sprzedawcy.

   Kot został zapakowany do kartonu i uradowana ruszyłam w kierunku samochodu. Nie, nie! Nie poszło tak gładko jak myślicie kotek miał inne plany niż ja i postanowił pozwiedzać pobliskie drzewa. Zlokalizowałam go tylko po żałosnym "miału". Siedział na gałęzi i chyba nie bardzo wiedział co dalej. Skacząc po płotach ściągnęłam delikwenta, umieściłam w kartonie, włożyłam do samochodu i ruszyłam. Daleko nie pojechaliśmy, bo kocię postanowiło kontynuować zwiedzanie - tym razem samochodu. Nie było innego wyjścia, nie mogłam mu pozwolić bezkarnie biegać mi po głowie w czasie jazdy, zmieniłam jego lokalizację na bagażnik. W czasie krótkiej podróży do mieszkających nieopodal, moich rodziców - kot demonstrował swoje niezadowolenie przeciągle płacząc "miału". Już na miejscu poczuł się odrobinę pewniej i przespał na moich kolanach, w oczekiwaniu na swojego pana kilka godzin.


Pierwszym zdaniem kemota, gdy ujrzał naszego nowego domownika było " Boże jaki on brzydki..."

By was nie zanudzić, resztę kociej historii, opowiemy wkrótce ...